Kobiety (w Hollywood) nie robią filmów
Image
fot. kadr z filmu

Wśród nominowanych do Oscara za reżyserię znajdują się Paweł Pawlikowski, Spike Lee, Yorgos Lanthimos, Alfonso Cuaron oraz Adam Mckay. Powtarzając słowa Natalie Portman z zeszłorocznej gali rozdania Złotych Globów: Here are all the male nominees.

Pierwszą kobietą-reżyserką, która dostała Oscara była Kathryn Bigelow w 2010 roku. Statuetkę otrzymała za, nomen omen, dość „męski” film wojenny „The Hurt Locker. W pułapce wojny” (2008). Bigelow była pierwszą, a zarazem jedyną kobietą, która otrzymała nagrodę Akademii. Poza nią, nominowane do Oscara były zaledwie cztery reżyserki. Między innymi, Greta Gerwig za zeszłoroczny, kameralny coming-of-age movie – „Lady Bird” (2018). Najwyraźniej, iskrzące splendorem i do bólu poprawne politycznie Hollywood potrafi jedynie uraczyć widownie wzruszającym statementem na temat #meetoo (Oprah – pamiętamy!) i upozorować nadchodzące zmiany. Cóż, póki co, wciąż ich nie widać.

Krytycy pomysłu wdrażania kobiet do przemysłu filmowego i dekonstrukcji ustrukturyzowanego schematu kina skupionego na mężczyźnie-twórcy zachłystują się argumentami. Przecież nie płeć powinna decydować o wyborze najlepszego filmu, nie płcią powinno regulować listy nominowanych, czy decyzje o przyznawaniu dofinansowania na dany film. Ale argument ten pojawia się ignorując jednocześnie realną sytuację na festiwalach, w kinach albo wspomnianych wyborach Akademii Filmowej. Czy „Czarna Pantera” Ryana Cooglera to naprawdę kandydat na najlepszy film? Czy plastikowy biopic-produkt „Bohemian Rhapsody” rzeczywiście opowiada historię na jaką zasługuje takie guru muzyczne jakim był Freddie Mercury? Czy zapamiętamy takie filmy jak „Green book”, „Narodziny gwiazdy” albo „Vice”? Przecież dostarczyły nam jedynie chwilowej, czasem zresztą dość miernej, rozrywki, o której zapomnimy w natłoku kolejnych premier i wyczekiwanych tytułów.

Naprawdę nie było innych filmów do wyboru? Podobno wybieramy ze względu na kwalifikacje, nie na płeć, a więc co poszło nie tak? W zeszłym roku powstały takie filmy jak „Złe wychowanie Cameron Post” (Desiree Akhavan), „Nigdy cię tu nie było” (Lynne Ramsay), „Nancy” (Christina Coe), „The Tale” (Jennifer Fox), „Zatrzyj ślady” (Debra Granik) i wiele innych. Które z nich widzieli członkowie Akademii? Wszystkie filmy wciśnięte były w program festiwali niezależnych pokroju Sundance, jednak dlaczego kobiety mają wstęp jedynie na pole kina niezależnego? Przecież Akademia znajduje miejsce dla kameralnych, intymnych obrazów filmowych. Dowodem tego są wybory ostatnich lat takie jak „Tamte dni, tamte noce” (2017), „Captain Fantastic” (2016), „Zimna wojna” (2018), czy wspomniane już przeze mnie „Lady Bird”.

Chęć wprowadzenia parytetów przez członkinie polskiej inicjatywy Kobiety Filmu nie jest bynajmniej zapowiedzią terroru, zemsty na mężczyznach, czy odebraniem praw „zdolnym, reżyserOM” do nagród i uznania. Systemowa regulacja pozwoliłaby na równy podział dofinansowań. W latach 2005-2015 w Polsce kobiety wyreżyserowały jedynie 28% filmów. Czy to dlatego, że dziewczyny nie chcą być reżyserkami? Że ich płeć udowadnia, że nie są gotowe oraz wystarczająco zdolne, by robić prawdziwe, wielkie kino? Te argumenty, które głoszą, że parytety wprowadzą podział ilościowy (a nie kompetencyjny) pobrzmiewają strachem tych, dla których zrezygnowanie z męskich wpływów równa się z pewnym zagrożeniem.

W Hollywood, centrum hałasu i atencji – jak powiedział Paweł Pawlikowski odbierając Oscara za „Idę” – rozkłady wypadają jeszcze gorzej. Patrząc na zestawienie z 2007-2017 (1100 filmów) kobiety wyreżyserowały zaledwie 4%. Czy kobiety nie potrafią opowiadać o wojnie, superbohaterach, przemocy, przygodach fantastycznych stworzeń? Przecież reżyserzy opowiadając historie związane ze sferą, która może kojarzyć się, stereotypowo, nieco bardziej z kobiecością radzą sobie fantastycznie. Ciągle powstają opowieści o rodzinie, jej rozpadzie, macierzyństwie, czy miłości filmowane przez mężczyzn. Świat jest jednorodny, otwarty, a nie podzielony na dwie połówki, w której wyraźna kreska wyznacza granicę między tym co kobiece, a męskie.

Jak unormować sytuację? „Wszystko się ułoży w ciągu najbliższych kilkunastu lat” jakoś mnie nie przekonuje. Póki co, dalej pozostaje nam obserwować kobiety na czerwonych prezentujące kolejne wersje drogich kreacji. Ja jednak niecierpliwie czekam na moment, kiedy reżyserki będą mogły opowiadać swoje historie, niekoniecznie te wspierane przez Dolce&Gabbana.

Julia Smoleń